Jedziemy w stronę fortu i ujścia rzeki. Mniej więcej tam umówiliśmy się z miejscowymi na śniadanie. Nie widać ich więc szalejemy na plaży, robimy zdjęcia.
Po jakimś czasie pojawiają się rybacy, zaspali. Rozpalają szybko ognisko. Ja w tym czasie wspinam się na górę żeby zobaczyć fort i poszukać zasięgu w komórce. Fort jest mocno zniszczony. W czasach świetności pewnie było tu sporo wojska. Pozostały mury i jeden budynek w środku a reszta to gruzy. Widok z góry jest piękny i powoli zaczyna przebijać się słoneczko.
Rybacy mieszkają w bardzo prowizorycznych domkach. Wyglądają jak szałasy z resztek blach, materiałów i wszystkiego co wyrzucił ocean.
Telefon łapie zasięg więc wysyłam smsa że wszystko ok. Robię zdjęcia i powoli idę na dół, pachnie już pieczonymi rybami. Niestety na śniadanie już nie dostaliśmy pysznej cebuli i pomidorów ale za to ryby były bardziej mięsiste. Najedzeni zaczynamy zastanawiać się na dalszą drogą. Mamy dwie opcje, jechać plażą do następnej miejscowości gdzie jest łagodny wyjazd lub jechać korytem rzeki . Jazda plażą jest dużo łatwiejsza ale zbliża się przypływ i przede wszystkim nie po drodze. Droga korytem rzeki dużo trudniejsza ale za to krótsza. Wybieramy krótszą. Na początku jedzie się łatwo, szybko.
Trzeba uważać na koleiny czego nie robię. Zaliczam spektakularną glebę przy dużej prędkości ale nic się mi się nie stało. Widoki są niesamowite. Otaczają nas wydmy przesypujące się przez skały. Im kanion węższy tym droga staje się trudniejsza. Woda robi się coraz głębsza i pojawiają się odcinki z wielkimi głazami. Jednak pokonujemy ją bez większych problemów. Transalp 700 zostaje trochę z tyłu ale tak samo dojeżdża do szutrówki na brzegu rzeki.
Jedziemy trochę szutrami, trochę hamadą a potem odcinkiem gliniastej drogi poprzecinanej wyrwami wypłukanymi przez wodę. Trzeba uważać ale jedzie się świetnie. Ostatnie kilometry przed asfaltem to już łatwe szybkie szutry wzdłuż słupów linii elektrycznej. Przed wjazdem na drogę N1 smarujemy łańcuchy. Do miasta Tan Tan mamy około 50km. Mijamy miejsca, które doskonale pamiętam z wyprawy w 2012 roku jakbym był tam wczoraj. Szczególnie jedno w którym wlewaliśmy paliwo i zrobiliśmy to zdjęcie:
W Tan Tan tankujemy motocykle i robimy zakupy. Postanawiamy szybko uciekać od oceanu bo mamy dosyć wilgoci i chłodu. Jedziemy asfaltem, w kasku mam muzykę i świetny humor. Motocykl prowadzi się nareszcie jak powinien. Widoki chociaż asfaltowe ciągle są super. Krajobraz się zmienia z pięknego na piękny.
Z asfaltu wjeżdżamy na szutry, ładne, szybkie ale niestety w złym kierunku.
Nawigacja Ernesta zaczyna się gubić a on zatrzymuje motocykl. Ja staję nie widząc go w lusterku ale niestety reszta leci dalej. Czekamy dłuższy czas ale nikt nie wraca, kiedy mam już po nich jechać wraca Gucio a potem reszta. Wracamy, jedziemy, stajemy i znowu wracamy. Jednym słowem błądzimy.
Deszcze zniszczyły stare drogi i powstały nowe, które nie pokrywają się z nawigacją. W końcu udaje się znaleźć dobrą drogę. Kierujemy się w stronę gór a trasa prowadzi wzdłuż wyschniętego strumienia, miejscami jest nim poprzerywana. Wzgórza porośnięte są fioletowymi kwiatami. Jest pięknie.
Dzień dobiega końca więc rozglądamy się za noclegiem. Znajdujemy miejsce nad niewyschniętą częścią strumienia.
Jest chłodno więc szybko rozstawiamy namioty i rozpalamy ognisko. Siedzimy przy nim trochę ale bez alkoholu towarzystwo szybko chowa się w namiotach. Suszę buty i zamykam jako ostatni imprezę.






