"Aaale buja na tej łajbie!!!" - czyli druga wyprawa morska Koła Grodzkiego
23-25.04.2010
Jeszcze tydzień przed planowaną datą wyprawy, prognozy były na tyle pesymistyczne, że nasza impreza stała pod znakiem zapytania. Wiało mocno i nic nie wskazywało, że ma się to zmianić. Zaczynaliśmy już zastanawiać się nad przeniesieniem rezerwacji na okres jesienny.

Wiatr osłabł na dzień przed naszym wyjazdem. Z siódemki zrobiła się czwórka, a prognozy mówiły nawet o wietrze 1-2.
Okrętowanie to jeden z najprzyjemniejszych momentów wyprawy. Spotkaliśmy kolegów nie widzianych od poprzedniego, jesiennego rejsu. Również załoga Jamesa Cooka stawiła się w tym samym składzie - dostaliśmy gwarancję doskonałego wyżywienia i skutecznego penetrowania dorszowych łowisk.



Doskonałe humory psuła jedynie relacja kapitana z ostatniego okresu połowów - tak słabych brań nie notowano w rejonie wyspy Bornholm już od wielu lat.
Wyniki były conajmniej słabe, łowiono zaledwie po kilka ryb podczas dwudniowych wypraw.

Po wyjściu z kołobrzeskiego portu kilka chwil spędzonych w mesie i krótkie spanie. O szóstej rano rozpoczęliśmy pierwsze napłynięcie na łowisko i wędkowanie. Pomimo, iż wiatr zaczynał słabnąć fale nadal były dość wysokie. Na pokładzie spotkała się tylko połowa uczestników. Reszta "wilków morskich" zajęła się szczegółową analizą sposobu odżywiania w ostatnim okresie. Widać zajęcie było na tyle fascynujące, że z kajut wyszli dopiero późnym popołudniem. My woleliśmy łowić.




Szybko okazało się, że pesemistyczne zapowiedzi kapitana nie do końca się sprawdzają. Już po pierwszych napłynięciach mieliśmy po kilka dorszy. Nie były to sztuki zbyt duże, ale przygotowani byliśmy na znacznie gorsze wyniki. Do południa skrzyneczki wypełniały się dość szybko, potem brania ustały.



Kilka kolejnych napłynięć nie dało żadnego rezultatu. Dopiero późnym popołudniem, pod koniec czasu wędkowania, udało się kilku kolegom złowić kolejne dorsze. Zapadła decyzja o przedłużeniu wędkowania. To był "strzał w dziesiątkę". Udało się dołowić po kilka ładnych ryb, a nawet spotkać ze sztukami trudnymi do oderwania z dnia. Niestety, żaden z grubszych dorszy nie został wyjęty na pokład. Kilka ryb spadło, były przypadki zerwania zestawów. Największa ryba złowiona tego dnia mierzyła ok. 65 cm.


Przed zmierzchem wpłynęliśmy do duńskiego portu Nexo. Niewielkie, spokojne miasteczko nie jest jakąś szczególną atrakcją turystyczną. Trudno jednak nie skorzystać z możliwości pospacerowania po stałym lądzie i przyjrzenia się inności tego miejsca. Parterowe domki w kolorach ceglastym i bananowym i trochę przerażająca cisza.


Po powrocie na Jamesa Cooka czekała na nas niespodzianka. Wrocławscy koledzy zorganizowali na nabrzeżu prawdziwego grilla. Była okazja spróbowania pieczonych w folii filetów w kompozycji przypraw i ziół przywiezionych na tę okazję przez wrocławskich wędkarzy. Palce lizać !


Kolejnego dnia już o czwartej rano nasz jacht wyruszył na duńskie łowiska. Był to jednak dzień znacznie słabszych brań. Morze wyrażnie się uspokoiło, wiatr wiał ze zmiennych kierunków. Na pokładzie pojawili się nawet koledzy którym dzień wcześniej nie służyło bujanie naszej "łajby". Mimo ich szczerych chęci i starań, nadrobienie wędkarskich zaległości nie było już możliwe.






O jedynastej zakończyliśmy wędkowanie, a powrót do Kołobrzegu zajął sześć godzin. To czas na najprzyjemniejszą drzemkę jaką można sobie wyobrazić - po wysiłku, emocjach, niewyspaniu, na leniwie kołyszącej się koi.
I jak zwykle żal, że minęło to tak szybko.


Zdjęcia: fiebik, adimo, jarekk
Relację przygotował: jarekk

gratulacje z super spedzonego czasu 





