
Po swoich ubiegłorocznych dość żałosnych doświadczeniach off-roadowych (czytaj Moja pierwsza samodzielna wyprawa.....) oraz kilku wypadach w lekki terenik z klubowiczami postanowiłem powalczyć delikatnie w okolicy Sanoka w lekkim (miałem nadzieję.....) terenie.
W niedzielę wraz z moimi znajomymi wybrałem się na małą „pragółkę”.
Start 6.00 w Rzeszowie (kto tak wcześnie wstaje w niedzielę – tylko wariaci czyli także ja!!!!), jedzie max wypasione i wymotane L200 mojego kolegi (lift +2 cale, snorkel, opony A/T Coopera, blokada mostów i dyferencjałów – auto za 140 tyś) oraz ja swoją Sorcią.
Zabieramy jako przewodnika i opiekuna bardzo doświadczonego off-roadowca „Makarona”, kolesi, który zjechał pół świata oraz w tym roku będzie wyznaczał i planował trasę 2 rajdów (Puchar Polski Off-Road oraz Baja Polonia) – taki mały guru

Lapsik Makarona odpalony z mapami wojskowymi (topografia) i ruszamy z Tyczyna pod Rzeszowem – do Soliny w Bieszczadach.
Cel wyjazdu – dojechanie szutrami do Soliny lub, jak będzie ciężko, w okolice Sanoka.
Cel 2-gi – łatwe trasy do przejechania przez seryjne auta – dlatego ja jadę.
Cel 3-ci – fajna zabawa w terenie.
Na początku powiem tylko tyle, że Makaron ma „zboczenie błotne”, czyli dla niewtajemniczonych, czym więcej błota tym lepiej, a najlepiej po lusterka
i tego nie przewidziałem, ale po kolei.Zaczyna się niewinnie jakimiś szutrami i lekkimi górkami. Fajne drogi, kamyki, dziury, jednym słowem „lajcik”. Potem 2-3 skręty pomiędzy domami gospodarzy i już jesteśmy w polach na drodze, gdzie śmigają chyba tylko traktory – jest COOL.


Zastanawia mnie skąd ten koleś zna te drogi!!!!
Jedziemy i ….. o kurczę, co to za kanion Colorado przed nami!!!!

Droga schodzi w dół takim wąwozem, że ledwo Sori mieści się z lusterkami, wokoło jakieś chaszcze i szczere pole – WOW, zaczyna się!!!
Lekko (niektórzy mówią LETKO
) zafrasowany (ale trudne słowo) brnę dalej, w końcu jestem twardziel, dochodzimy do takiego niewinnego podjazdu, trawka i na górze …. błotko.„Misiek” kolegi daje radę za pierwszym razem, choć z trudem, a ja zakopuję się w połowie wzniesienia, ale ruszam do walki.
Wsteka, zjazd na dół, zapinam redukcję i laga..... znowu porażka, ale znowu cofka tylko dalej i po drobnej podpowiedzi Makarona, cegła na pedał i...... jestem na górze. WOW!!!! Fajnie było. Okazuje się, że w terenie trzeba mieć ciężką nogę.

Kciuk w górę i jedziemy dalej.
Za parę minut okazuje się, że to był faktycznie „lajcik”.
Teraz ostry zjazd wąwozem, O MY GOD..... w co ja się pakuję.... Wąsko, chaszcze, ślisko i kamienie, masakra dla lakieru, ale trza być twardym a nie „miętkim”, więc brnę dalej a łzy płyną mi już jak grochy.


Przejechałem za Miskiem kilka kolejnych krzacho-wąwozów i przez CB pytam co oni na takie traktowanie naszych wozidełek, a konkretniej Makarona, który w odpowiedzi tylko się śmieje i mówi, że to przecież dojazdówki.....
Dojazdówki, ale Pucharu Polski Off-road!!!!!
Kolega Jacek, nie przedstawiłem właściciela L200, który płaczę już od mniej więcej tego samego czasu co ja, też mi mówi, że miało być lekko.
Brniemy dalej w przedziwne tereny podkarpackie.
2-3 km czarnego i znowu wjazd pomiędzy domy gospodarzy i hajda pod górkę. Szuterek zamienia się w łakę, łaka powoli zamienia się w lasek, a lasek zamienia się w las z wąwozami, chaszczami i błockiem. Reduktor jeszcze tak nie dostał w d..ę od nowości jak dziś, ale nie odpuszczam, aż do czasu rowu....
Niby delikatne błotko na wyjeździe z lasku z 2-3 poprzecznymi koleinami wyglądało niewinnie, ale poległem na całego.
Oto skrótowy opis – niech zdjęcia powiedzą więcej niż słowa.
Kolega Jacek w L200 próbuje przejechać i rzuca go 2 razy dupcią, zapina co ma, laga i jest OK.
O mało nie zaliczył rów, ale udało się, ja nie miałem już co zapiąć (chyba tylko sweter) więc próbowałem przejechać po mniej rozjechanym niż on, i za mało wykręciłem w prawo.....i 2 machnięcia bezradne kółkami, ślizg i ….. zaliczam swój pierwszy w życiu rów......
Pomoc kolegów, chwila samodzielnej walki, ale dopiero Misiek, liny 2-3 próby i udaje się wyjechać.
Rury boczne pomogły, wyciągarka ręczna się nie przydała (elektryk by dał radę), ale najważniejsze, że moje „śmieszne” oponki 30% teren poległy – NAUKA – ZAMAWIAM OPONY A/T!!!!









Po całej przygodzie z wyciąganiem były jeszcze 4 zjazdy ostro w dół po błocku w leśnych wąwozach, przerwa na posiłek pod sklepem, 3 brody na rzeczkach, 1 mostek betonowy szerokości auta (adrenalina daje mocno w głowę), ładne widoczki, jazda po łąkach i szutrach oraz wyciąganie L200 przez Sorcię z błota.












Potem decyzja, że do Soliny dziś nie dojedziemy, więc nawrotka i wracamy do domciu.
Obklejeni blolckiem po lusterka zajechaliśmy za Orlen w Sanoku, gdzie......nie zrobiliśmy ŻADNEGO wrażenia, gdyż takich kolesi przyjeżdża tu całe mnóstwo hahahaha.
Jak wróciłem do domu i na szybko pokazałem żonie kilka fotek – powiedziała, że mam....nierówno pod sufitem i jestem wariat.....
Na myjni mnie wygonili.... ale na drugiej zeszło mi 30 minut, aby odmoczyć zaschnięte błocko, do dziś jeszcze Sorcia nie jest czysta.
Czas na podsumowanie:
1.Wyjazd klasa.
2.Adrenalinki dużo
3.Błota i chaszczy za dużo
4.Nauka przednia i doświadczenie fajne.
5.Straty: porysowane auto przez chaszcze (polerka 250 zł), ugięta na dole blacha z napisem oraz przypalone sprzęgło.
Czy warto było????
Jakbym nie jechał na weekend do Lublina, to w niedzielę jest kolejny wyjazd i nie zabrakło by mnie na nim!!!!
POLECAM WSZYSTKIM.
SPIDER




jedyne co mi pozostaje, to mieć nadzieję, że w kampinosie bedzie podobnie 




